Dalekowschodnia Propaganda Religijna

"Dalekowschodnia propaganda religijna" czyli o "Touhou Project" słów kilka:

MevCore HearnWielu spośród czytających ten artykuł wie już, że gry bliskiego naszym sercom wielbiciela piw z Kraju Kwitnącej Wiśni pełnymi garściami sięgają po liczne elementy różnorakich doktryn religijnych: od shintoizmu zaczynając, przez kilka kręgów buddyzmu, taoizm z całym swoim ogromem różnorodności i indywidualności, pierwotne wierzenia koreańskie o których większość Polaków zielonego pojęcia nie ma, bo i oni przecież nic a nic nie wiedzą na temat naszego zacnego Światowida i trochę mniej naszego Peruna. Następnie hinduizm z jego szaleńczą kosmologią i przedwiecznymi kosmicznymi bombami atomowymi, jinizm (dżinizm) o którym wystarczy wiedzieć, że z niego wywodzą się rozrywkowi staruszkowie przywykli do spania na gwoździach, na religiach i mitologiach kręgu europejskiego kończąc – dla przykładu wskażmy choćby mitologię nordycką, która uzbroiła dziewczątka ze Scarlet Devil Mansion oraz symbolikę chrześcijańską, której zawdzięczamy biedną ukrzyżowaną Rumię, a wszystko to okraszone gigantyczną ilością pocisków przeszywających nasz hitbox na przestrzeni tych wszystkich lat radośnie spędzonych na próbach ukończenia kolejnych części Touhou. Poszczególne z gier zwykle starają się konsekwentnie trzymać jednej do trzech tradycji religijnych, z których czerpał ZUN, choć każda pojawiająca się w grach postać mniej lub bardziej swobodnie korzysta ze swoich korzeni niejednokrotnie uzupełniając je zaklęciem żywcem wyciągniętym ze świętych ksiąg konkurencyjnego wyznania. I tak Imperishable Night sięga po pierwotny hinduizm, wierzenia koreańskie z czasów przed-chińskich i wczesno-chińskich oraz buddyzm w jego najbliższej pierwotnej formie, której dziś najbliższy byłby przypuszczalnie buddyzm tybetański. Mountain of Faith zwraca się ku klasycznemu shintoizmowi, wierzeniom typom i natywnym dla Japończyków od narodzin ich społeczności, dzięki czemu dziś dzień pisząc te rozmyślenia mogę cieszyć się dźwiękami mojego ukochanego „Native Faith” oraz w pewnym stopniu ku „ukrytym chrześcijanom”, ale tej części zamierzam poświęcić jeden z kolejnych artykułów, więc nie zdradzam nic więcej. Taoizm stał się źródłem inspiracji dla fabuły Ten Desires, przez wielu starych wyjadaczy uznawanych za najsłabszą, świętokradzką pozycję cyklu. „Bo te themki jakieś takie mało ciekawe, postacie mają bolce na głowie, jakieś to takie pomaziane i nieładne całkiem”. Moi kochani gracze, gdzie te czasy gdy ktoś jeszcze zwracał uwagę na fabułę pomiędzy poszczególnymi pojedynkami heroicznych (lub nie) dziewczynek zasypujących się gradem pocisków w miejsce inwektyw czyja religia jest lepsza? Czego by o nieszczęsnej „trzynastce” nie mówić zapewniała ona Gensokyo obecność 4 wielkiej tradycji religijnej, reprezentowanej przez mniej lub bardziej zaawansowane taoistki, którym dane było zaznać nieśmiertelności obiecywanej wszystkim dzisiejszym adeptom poszukującym własnej Drogi. Częściami poświęconymi niemal w zupełności buddyzmowi były gry Scarlet Weather Rhapsody oraz Undefined Fantastic Object. Dla niektórych z czytelników powiązanie późniejszej z gier z buddyzmem nie jest pewnie tajemnicą, jednakże fakt, że zapomniana przez wielu bijatyka również czerpie z tej samej rzeki, nad którą pod drzewem siadywał Budda w trakcie swoich medytacji nie jest już tak oczywiste. Czemu jest to tak łatwo przeoczyć?

Podstawową kwestią jest fakt, że obie części sięgają do zupełnie różnych kręgów buddyzmu, które są od siebie stosunkowo dalekie i niektóre ich elementy są ze sobą wręcz sprzeczne. Wynika to przede wszystkim ze względu na zasięg i rozwój religii buddyjskiej, której długa historia w Azji Wschodniej i Południowo-wschodniej była burzliwa i mocno związana z polityką w poszczególnych tamtejszych państwach. Ciężko nam dziś mówić o czymś takim jak jeden buddyzm, jedna podstawowa wspólna doktryna. Zasadniczo każdy z krajów, którego mieszkańcy dziś deklarujący się jako jej wyznawcy i uznających go za jedną z religii narodowych ma na myśli nieco inną religię. Słyszeliście już zapewne o Hinajanie i Mahajanie, Therawadzie czy Wadżrajanie, czyli sporze Małego i Dużego Wozu. Nie wgłębiając się jednak w różnice pomiędzy „pojazdami”, które mają nas doprowadzić do rajów, z kronikarskiej rzetelności należy wskazać, iż dziś możemy rozmawiać o:
- buddyzmie indyjskim (bliskim temu pierwotnemu [Therawada] lub w małych sektach zupełnie się od niego różniącym)
- buddyzmie tybetańskim uznającym się za spadkobiercę znanego nam księcia Buddy
- buddyzmie chińskim, o którym można by pisać książki nie artykuły, zupełnie oderwanym od oryginału, będącym krzyżówką pierwotnych wierzeń chińskich, taoizmu, doktryn konfucjańskich oraz „wariacji” natchnionych i uznających się za kolejnych buddów mnichów, urzędników państwa chińskiego oraz innych wybitnych mężów stanu
- buddyzmie koreańskim wyrosłym z korzeni chińskich, ale podążającym podobnie jak wszystkie pozostałe swoją nieco indywidualną, lokalną ścieżką
- buddyzmie południowo-wschodniej Azji, odnogą buddyzmu indyjskiego zderzonego z innym już od niego buddyzmem starożytnych Chin, odpowiedzialnym za narodziny pojęcia Wielki Wóz ze względu na szeroką rozpiętość nauk i dróg do oświecenia przez niego proponowanych
- i w końcu buddyzmem japońskim, który znamy jako buddyzm Zen, zupełnie już oderwanym od pierwotnej doktryny i stanowiącym zupełnie inną religię niż wcześniej wymienione.

Buddyzm japoński wydawałby się najbardziej naturalnym dla ZUNa do poruszania w grach, w rzeczywistości jednak nasz ulubiony sadysta zmuszający nas do masochistycznego przeklinania siebie, naszego peceta a nawet nieodpowiedniej gęstości powietrza podczas 1004 przejścia Touhou 12 na hardzie, by dobrnąć w końcu do tego pie… to znaczy upragnionego Extra Stage’a, wplata do swoich gier stopniowo każdą z odnóg tej wielkiej religii. Nietrudno zatem zrozumieć dlaczego „w Internetach” toczą się zażarte spory osób, które coś tam kiedyś słyszały o buddyzmie z wyznawcami czy po prostu znawcami tej czy innej doktryny (choć w tym wypadku bardziej zasadne byłoby użycie wyrazu „ścieżki”) o to czy ZUN kreował daną postać na wzór tego czy tamtego „świętego”, bohatera mitologicznego czy twórcy danego odłamu tej religii. Bo znając pewne podstawowe fakty nie trudno znaleźć symbole czy podobieństwa pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami, miejscami czy postaciami, a naszymi ulubionymi shooterami. Daje to źródło przeróżnych interpretacji wydarzeń przedstawianych w grach jak i odbiorów poszczególnych postaci, ich motywów postępowania czy celów, które pragną osiągnąć. Owocem tych wszystkich sprzeczności i domysłów są liczne doujiny, kompozycje muzyczne opatrzone wymownymi tytułami i okładkami płyt, opowiadania, żartobliwe komiksy sieciowe i cała pozostała twórczość fanowska, w której niejednokrotnie zobaczymy takie lub inne przedstawienie naszych ulubienic (i ulubieńców, pozdrawiamy wąskie grono Panów w Gensokyo!) czerpiące z postrzegania ich jako odpowiednika tego czy tamtego bóstwa, świętego, bodhisattwy, dakinii, Yamy, etc.

I właśnie za tą różnorodność, tajemniczość i szerokość interpretacji kocham twórczość ZUNa, śledząc jego karkołomne poczynania próbujące za pośrednictwem medium gier komputerowych przekonać Japończyków (a może nie tylko ich?) do pogrzebania we własnej historii, korzeniach i religijności. Te wszystkie niedopowiedzenia przy gigantycznych zasobach wskazówek i aluzji zawarte w naszym ulubionym cyklu danmaku sprawiają, że wciąż chcę więcej, wciąż będę czytał i dłubał, szukał i rozmyślał nad źródłami, którymi tym razem posłużył się przebiegły Kannushi z Kraju Kwitnącej Wiśni. I czerpał z tego radość taką samą jak w dzieciństwie z zaczytywania się mitami. Tego samego życzę Wam wszystkim – przyjemności z różnorodności rozrywek i radości jakie zapewnia nam Touhou.

Kłaniam się, MevCore Hearn

PS. Skończyliście właśnie czytać pierwszy artykuł wprowadzający do cyklu „O Gensokyo słów kilka”, który zapewne nieregularnie, ale konsekwentnie planuję kontynuować na łamach Touhou.pl. Kolejny tekst będzie kontynuował wątek buddyjski, będzie dotyczył części TH10.5 i to co właśnie przeczytaliście jest zasadniczo wprowadzeniem do niego. Koniecznym bo ciężko by było pisać o buddyzmie bez powyższego wstępu. Mam nadzieję, że za zgodą administracji wspomniany cykl będę mógł poszerzyć moderowanymi debatami na forum, zatytułowanymi „Podyskutujmy o Gensokyo”.

7574